czwartek, 28 maja 2015





































When tomorrow comes
I'll be on my own
Feeling frightened up
The things that I don't know
When tomorrow comes
Tomorrow comes
Tomorrow comes

And though the road is long
I look up to the sky
In the dark I found, I stop and I won’t fly
And I sing along, I sing along, then I sing along



Nie upubliczniam się. Nie mówię nic. Ale czasem siedzę i kulę się z przerażenia przed tym co mnie czeka. Nie lubię zamian, a tak często do mnie przychodzą. I we wrześniu przeprowadzam się do Włoch całkiem sama. I zastanawiam się jak sobie poradzę. I zastanawiam się gdzie są moje latarnie, których byłam tak pewna przez całe swoje życie. Nie mam pretensji o to, że odeszły. Wina leży po obu stronach, ja ich nie zatrzymałam. I choć zdobywam nowe, to dorosłość zaczyna się chyba tam, gdy nie chcesz, boisz się, albo nie mach ochoty na mówienie nowym latarniom tego, co stare o tobie wiedzą. I niby jestem szczęśliwa z tego co mam i dziękuję bogu, za to, że tak dobrze mi się wiedzie, to dorosłość nie jest moim ulubionym etapem życia. I jak już przyjdzie to jutro i będę musiała podejmować poważniejsze decyzje, to chciałabym mieć moje latarnie koło siebie. Ale wiem, że nie odzyskam ich już nigdy. Łapię się codziennie na odpychaniu myśli o przyszłości i przepychanie jej myślami o obowiązkach, jedzeniu, serialach, pracy, zakupach, sprzątaniu, książkach, muzyce... Ale ta myśl wraca i wraca. I nie wiem co mam zrobić, bo głowa mnie boli o tych myślowych przepychanek. Dlaczego coś co było tak pewne i tak przyszłościowe nie przetrwało? I tęsknię za czasami kiedy wszystko było takie łatwe, kiedy nie przejmowałam się jutrem, bo jutro zawsze było dobre i przyjemne. I wiedziałam, że jakoś to będzie. Bo przecież pieprzyć konsekwencje. Ale na etapie życia, na którym jestem zbyt poważni się staliśmy, za bardzo chcemy wszystko kontrolować, ale nie możemy. I jestem sama i nie chcę z nikim się dzielić samotnością, bo tak jest łatwiej. Nie chce mi się zgrywać kogoś kim nie jestem, kim mogłabym być. I zastanawiam się kiedy to się stało, kiedy pojawiła się u mnie ta obojętność i świadomość, że dam radę wszystko, bo nie ma innej opcji. I porażek już nie znoszę, i nie potrzebuję, żeby ktoś mnie wysłuchał z tego co mi siedzi na duszy, tylko wysłuchał jak dużo muszę zrobić, poświęcić. I chociaż mam kilka latarni to ich światło nie jest tak mocne, bo sami mają swoje życie. I mam świadomość, że przechodzą przez to samo. Tak bardzo nie chciałam być nudna. A tak bardzo chciałam podążać za marzeniami. Dorosłość kasuje marzenia. 

sobota, 7 marca 2015


No to się dostałam. Pół roku spędzę w słonecznej Italii. Cieszę się jak głupia na samą myśl o tym. Ciekawi mnie ten wyjazd, to jak moje życie będzie wyglądać poza Polską. Nie boję się rozstania z bliskimi, często się z nimi rozstaję przecież. Nie wiążę z tym wyjazdem żadnych nadziei, bo nie chcę rozczarowań. Nie nastawiam się na nic, a właściwie ciężko mi myśleć o czymś tak odległym. Chciałabym jeszcze po drodze osiągnąć kilka rzeczy, które sobie założyłam. Po pierwsze rozliczyć się z uczelnią, potem przetrwać obóz narciarski. Kwiecień przyniesie wiosnę, a z nią pewnie moja głowa znów ucieknie w chmury. Ale muszę skupić się na pracy licencjackiej, na nauce i na wszystkim tym. Chciałabym znów gdzieś pojechać, może Berlin, może znów Ateny? Chciałabym znaleźć wakacyjną pracę w Grecji. Tyle bym chciała, ale nie wiem ile z tego zrealizuję? Myśli ciągle gdzieś mi uciekają, a ja próbuję je przywiązać i trzymać przy sobie. Ciągle krążą w okół jednego, w okół tego, co nie powinny. Wolałabym wiedzieć na czym stoję, niż domyślać się i snuć jakieś wizje w mojej głowie, chociaż wiem, że tego nie uniknę i że na to jestem skazana. Zawsze tak było i pewnie zawsze już będzie. Miłe są to wizje, acz bardzo odległe i nieosiągalne póki co.

sobota, 28 lutego 2015


Długo, bardzo długo tu nie zaglądałam. Zapomniałam o tym miejscu i o tym, że tu bez krępacji mogę wylewać swoje gorzkie żale. Jak to teraz wszystko wygląda? Otóż ciężko mi powiedzieć. Wydaje mi się, że inaczej niż zwykle. Brnę przed siebie, spełniam wszystko po kolei, próbuję nie robić sobie zaległości, chociaż różnie mi to wychodzi. Staram się podjąć ważną decyzję. Włochy czy Grecja? Kraj o którym zawsze marzyłam, z pięknym językiem, dobrym jedzeniem, wspaniałymi ludźmi i piękną architekturą? Czy też kraj, który dopiero odkrywam... w którym jest coś, co mnie przyciąga, ale nie jestem w stanie stwierdzić co to takiego. Poza tym licencjat. Leży on sobie cichutko w koncie, a ja serio nie wiem jak się za niego zabrać. Chciałabym już mieć to za sobą, już rzucić wszystko w pizdu i pojechać gdzieś znowu. Ale znowu spadam, im falling again. Nie mogę sobie pozwolić na to, nie teraz, it`s really bad timing. Nie mogę powtarzać wciąż tego samego błędu, łudząc się, że tym razem będzie, że tym razem JEST inaczej. Bo nie jest. To znowu tylko moja chwilowa fascynacja, która minie tak szybko jak przyszła. Wypali się tak szybko, jak ja się wypalam. Ale.... co jeśli się mylę? Co jeśli tym razem się cholernie mylę i będę żałować tego do końca życia? Wild heart. Zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie trzymały mnie studia, gdyby nie rodzina. Jak wtedy potoczyło by się wszystko. Chcę to sprawdzić tak szybko jak się da. Byle do czerwca, byle zdać ten głupi egzamin, byle wyjechać i nie wracać za prędko.

czwartek, 11 września 2014







Lubię świadomość, że wszystko jest chyba okej. Jakoś tak lepiej, jakoś tak przyjemniej. Sobota Poznań, potem Kalisz, a czwartek Bułgaria. To takie piękne plany! 

czwartek, 14 sierpnia 2014



Ogarniania część pierwsza. Notatki, Francja, PiPTR, prawo, hiszpański, jest ekstra! A słoneczko świeci, tak bardzo nie chce mi się ruszać tego wszystkiego. Jeszcze mieszkanie do ogarnięcia i jeszcze praktyki od poniedziałku. Life is boring. Chce mi się zapaść pod ziemię i przeczekać to wszystko. Obudzić się w Bułgarii.